Nie chcę mieć dzieci

by CreativeMAMA

20170721_174554

 

Zawsze marzyłam o gromadce dzieciaków. Konkretnie 3. Płeć nie miała dla mnie aż takiego znaczenia. W domu miało być wesoło i gwarnie. Śmiechy, radości i piski.

Człowiek nie ma świadomości tego, że życzenia wypowiedziane na głos mają tendencję do samospełniania. Wiecie…słowa mają moc. Takie – Hokus Pokus. Uważajcie czego sobie życzycie, bo jeszcze to dostaniecie.

Ja „dostałam” od losu swoją ukochana trójcę. Wymarzoną, mogłabym nawet powiedzieć, bo przecież zawsze chciałam mieć dokładnie tyle dzieci, ile mam. Ktoś powiedziałby: ta to ma fajnie…chciała i ma! Jeszcze inny mógłby zriposotować: a cóż to za sztuka…dzieci robić każdy głupi może.

Każdy mógłby dowolnie skomentować mój aktualny stan posiadania rodziny, a ja na tę chwilę, mogę powiedzieć tylko jedno: NIE CHCĘ MIEĆ DZIECI!

Nie, nie, nie….nie chodzi o moje aktualne dzieci. Te  są upragnione, wyczekiwane i kochane nad życie. Nie chcę mieć więcej dzieci. Skąd w ogóle myśl o kolejnych? Czuję, że mogłabym mieć jeszcze dwójkę maluchów. A na pewno jeszcze jedno. Ale już nie chcę. Nie jestem egoistką, nie chodzi mi o własną wygodę – gdzie tu mówić o wygodzie przy aktualnie panującej trójce ! Nie chodzi też o względy finansowe – no, może troszkę – nowy samochód, wyprawka, wózek, żłobek….ale nie to. Z pieniędzmi jakoś dałabym sobie radę – zawsze sobie daję z nimi radę, szczególne w sklepie z butami. Albo torebkami. Ale nie o tym teraz. Pomijam również dolegliwości ciążowe, bo poza wieloma niedogodnościami, stan ten jest cudowny. Można się objadać bezkarnie bez obawy o wystający/ wydęty brzuch. Co prawda ciężko ogarnąć stopy we wszystkich za ciasnych butach (w moim przypadku wszystkie były za ciasne) i golenie nóg …. Tak, zdecydowanie ta czynność była mocno utrudniona, o ile w ogóle wykonalna.

W ostatnim czasie wystąpiło kilka czynników równocześnie, które z wielką siłą uświadomiły mi, że WIĘCEJ DZIECI MIEĆ NIE CHCĘ !! Pomija wszystko powyższe, pomijam fakt, że w końcu podoba mi się moja praca/ moje dwie prace, gdzie mogę rozmawiać z dorosłymi o dorosłych rzeczach, mogę używać swojego języka do opowiadania niezbyt politycznie poprawnych dowcipów, rzucania ciętych ripost, a czasem małego k(pip)wa. Nie muszę ciągle i bez ustanku być w gotowości – gotowa do ratowania upadającej miski z jedzeniem, gotowa do ratowani psa z uścisku małych rączek (a Joko wyjątkowo cierpliwie to memłanie znosi), nie muszę ciągle pić zimnej kawy i dojadać ponadgryzanego wszystkiego. To wszystko robię po 15 i w weekendy. I rano. I we wtorki. I czasem w piątki. No ale generalnie nie jest to stan permanentny. Uwielbiam chodzić nie tylko w dresie i patrzenie nie tylko na wnętrze mojego mieszkania. No wiem, przecież urlop macierzyński to nie areszt…no ale jednak troszeczkę tak. Bo jak się ma nie jedno dziecko, a dwójkę czy trójkę, to jedno do przedszkola, drugie do szkoły, potem drzemka najmłodszego, obiad, poodbierać ze szkoły i przedszkola, znowu drzemka, zadania domowe, pobawić się, kolacja, kąpiel, książka na dobranoc i ..kończy się prąd na inne działania.

20170727_162348 20170923_080739

Wszystko ma swój czas w życiu. Okres, gdy byłam TYLKO mamą był najcudowniejszym w moim życiu. Najlepszy…nie żałuję ani sekundy spędzonej z dziećmi w domu. Teraz jednak jest inny etap. Teraz poza byciem mamą, jestem też pracownikiem, a praca daje mi satysfakcję. Chcę się rozwijać. Wcale nie chodzi tu o fakt, że dzieci przeszkadzają mi w karierze. Nie może być mowy o żadnej karierze, bo ja zwyczajnie nadal stawiam dzieci na pierwszym miejscu – z tego powodu nie pracuję w pełnym wymiarze godzin, za raz po wyjściu z pracy, pędzę co sił do szkoły i żłobka. Czy kolejne dziecko zrujnowałoby mi życie? Nie. Wtedy ono byłoby najważniejsze i kochałabym je najbardziej na świecie. Po raz kolejny mój własny rozwój odłożyłabym na następne lata i nic by się z tego powodu nie stało. To, że lubię moje życie na aktualnym etanie, nie oznacza, że lubiłabym je mniej, gdybym miała kolejne dziecko.

Cała ta afera z nieposiadaniem dzieci ma zgoła inny rodowód. Niedawno, niczym pociąg, uderzyłam mnie myśl, a raczej przeświadczenie, że proces wychowywania dopiero się dopiero zaczyna, a nie powoli kończy. Nauczenie dziecka samodzielnego jedzenie, układania puzzli i ubierania się, to pikuś. Objaśnianie świata 3 latkowi, to też pryszcz. Nocne wstawanie, odpieluchowanie, odsmoczkowanie, nauka wiązania butów, to drobnostka. Nawet kolki to lajt. Prawdziwe wychowywanie zaczyna się TERAZ. Nie oznacza to oczywiście, że na wcześniejszych etapach możemy, brzydko mówiąc, olać dziecko, że to nie jest element procesu wychowawczego. Nie….gdy mamy maluszka, dajemy mu PODSTAWY. Wszystko to, co zrobimy, będzie fundamentem dalszego rozwoju. Ten etap jest niezmiernie ważny – został opisany w milionie książek i trylionie publikacji. Schody zaczynają się, gdy nasza pociecha pójdzie do szkoły.

Nie, szkoła nie psuje. Po prostu od tego momentu, nasze dziecko będzie poznawało większą ilość ludzi – zetknie się z różnymi charakterami, osobowościami, pozna co to życie w dużej społeczności. Brzmi ciekawie, ale w gruncie rzeczy, nasze dziecko zacznie walczyć o głos. Będzie na różne możliwe sposoby próbowało się wybić – będzie chciało zaistnieć w świecie kolegów. To wszystko, co dziecko przeżyje w szkole, przełoży się bezpośrednio na jego życie domowe. O ile młodsze dziecko nie będzie inaczej się zachowywało, o tyle starsze, tak. Pamiętajcie, że do wszystkiego dochodzi powolne, ale jednak, wkraczanie w okres dojrzewania. Daleko takiemu 9/ 10 latkowi do zbuntowanego nastolatka, ale już taki czwarto/ piątoklasista potrafi trzasnąć drzwiami i bezlitośnie skandować, że nienawidzi szkoły, a nauczyciele są głupi. Dziecko w tym wieku trzeba zachęcać i motywować. Ciągle. Do wszystkiego. Należy mu poświęcić czas. Nie wystarczy 10 minut w czasie gotowania zupy. Trzeba usiąść, pomóc w zadaniu jeśli to konieczne (najczęściej samo wie jak je zrobić…po prostu chce, żeby koło niego być), wysłuchać wszystkich pretensji i nowinek ( w tym tych, o których nie mamy bladego pojęcia), zmotywować do wypełnienia obowiązków, choćby tych podstawowych jak sprzątanie swoich ubrań z podłogi, dokładne umycie zębów, spakowanie plecaka teraz, a nie rano, schowanie butów do szafki. Nie łatwiej by było olać system i po prostu zrobić to wszystko za dziecko? Może i byłoby szybciej i bez kłótni, ale jakiego człowieka w ten sposób wychowamy? A przeliczcie to x3. Trójka dzieci, każde na innym etapie, każde potrzebuje uwagi indywidualnie. Każde chce być najważniejsze. Czasem czuję się bardzo zmęczona psychicznie, gdy po raz milion trzydziesty muszę rozdzielać chłopaków, bo młodszy cały czas zaczepia starszego – a to go popchnie, podstawi nogę, kopnie, uszczypnie. Nie jest złośliwy, on walczy o uwagę. W każdy możliwy sposób. Sprawę trzeba wyjaśni inaczej starszemu, inaczej młodszemu. Do tego mała księżniczka, która do bólu naśladuje każdy ruch braci – eksperymentalnie uderzy mnie drewnianym mieczem, albo kopnie… i patrzy co się dalej wydarzy. A przecież tego nie da się uniknąć. Trzeba tłumaczyć.

Młodszy mój synuś przeżywa ostatnio etap na NIE (właściwie to ten etap rozpoczął się wraz z tzw. buntem dwulatka). Nie pójdzie do szkoły, chociaż ją uwielbia. Nie pójdzie na angielski, bo NIE! Na basen też NIE! Czemu to robi? Bo chce być w centrum zainteresowania. Ileż człowiek się musi nagimnastykować, żeby nie utrwalić przekonania, że takie działanie jest opłacalne, a jednocześnie przekonać dziecia do czegoś? Do tego te nocne pobudki. Nie do najmłodszego….do 7-latka właśnie. Jest bardzo emocjonalny – wszystko przeżywa…w nocy. Mały jest do tego prawdziwym lunatykiem – każdy wydarzenie które miało miejsce w dzień, odgrywa się w jego głowie nocą. Obserwujemy, jak chodzi po domu, wspina się na meble i rozmawia z kolegami…a wszystko przez sen. Czasem mnie to przeraża, ale wystarczy z nim wejść w interakcje, pokazać, że nie jest sam, a automatycznie się uspokaja i kładzie do łóżka. Bardzo często do naszego.

Władczyni Wszystkiego, najmłodsza, to mała strojnisia. Trzeba czesać, robić kucyki, zapinać spinki. Bawić się w domku dla lalek i strażą pożarną, w koło czytać te same książeczki i układać te same puzzle.

Kocham moje dzieci bardzo, ale im starsze, tym bardziej skomplikowane staje się ich wychowanie. Pytania stają się coraz trudniejsze, a świat, media i szkoła odzierają z dzieciństwa życie naszych maluchów. Dlaczego muszę tłumaczyć czym jest aborcja i dlaczego kobiety chcą na własne życzenie ją robić, co to jest molestowanie seksualne i pedofilia? Czy przypadkiem taki świat nie powinien omiatać strefy bezpieczeństwa naszych dzieci, a nie uderzać w nie? Każda z moich pociech zawsze otrzymuje ode mnie pełną i prawdziwą odpowiedź na zadane pytanie – każda z nich musi otrzymać wiedzę, która jest odpowiednia do jego wieku, żeby nie zniszczyć delikatnej psychiki, ale żeby równocześnie wyjaśnić, ostrzec, wskazać normy moralne, pokazać co jest dobre, a co złe. Tak! Przekazuję dzieciom wiedzę w sposób obiektywny, ale za razem zgodnie z moją moralnością/ wiedzą/ poglądami, ale nie narzucam. Daję wybór. Wskazuję ścieżki, wspomagam wybory, naprowadzam. Bóg tylko jeden wie, jak bardzo jest to trudne, żeby dziecko nie czuło się „spuszczone po brzytwie”, dowartościowane, zmotywowane i zaspokojone w wiedzę, jakiej poszukuje, żeby w tym wszystkim nauczyło się konsekwencji i walki o swoje poglądy (przy czym, żeby nie było oporne na racjonalne argumenty, jak to obecnie świecie funkcjonuje).

Żeby móc zaspokoić wszelkie potrzeby swoich dzieci, te fizyczne i emocjonalne/ psychiczne, najczęściej poświęcam cały wolny czas – ten przeznaczony dla nich, ale również ten przeznaczony dla mnie (TAK, scenariusz przewiduje i taką rezerwę czasu). Daję z siebie 100%, a bardzo często naciągam tę normę do 120%, bo każde dziecko wymaga indywidualnego podejścia. Moim największym wrogiem jest CZAS. A właściwie jego BRAK. Każdą sekundę staram się pomnożyć x3, żeby każde z dzieci było w niej ujęte. Muszę cały czas pamiętać, żeby się nie zafiksować w tym wszystkim, bo przyjdzie mi krochmalić skarpetki na wizytę w wariatkowie. Jako pensjonariusz, nie gość.

Cały czas poszukuję „złotego środka” – a to odpuszczam sprzątanie i radośnie obrastamy w brud. Wtedy zyskuję trochę czasu. Na dłuższą metę bije to w moją psychikę – czuję bałagan w środku, gdy otacza mnie on od zewnątrz. Wtedy włącza mi się opcja PUCUŚ. Cały wolny czas mitrężę na porządkowaniu. Raz jestem koleżanką swoich dzieci – wtedy szalejemy jak rówieśnicy. To niestety w konsekwencji przynosi chaos. Kiedy indziej staję się matką terrorystką – zrób to, zrób tamto, teraz, już. Uczę się każdego dnia, dorastam z dziećmi. Tylko ten ciągły brak czasu.

Czy wiedząc to wszystko, nie wykazała bym się najoględniej mówiąc, lekkomyślnością decydując się na kolejne dziecko? Jak wtedy podzieliłabym czas? Czy pozostałe dzieci nie straciłyby na tym? A może się mylę? Może czas się potrafi rozciągnąć i przy kolejnym bąblu okazałoby się, że nadal mam go dla każdego tyle samo?

Boję się sprawdzać względność czasu na przykładzie własnych dzieci. Boję się, że stracę go całkowicie dla siebie (choć i tak mam go znikomą ilość), dla domu, dla rozwoju, ale przede wszystkim dla mojej Trójcy (jak mam w zwyczaju Ich nazywać).

Dzieci powinno się mieć tyle, ile człowiek jest w stanie wychować (jak kiedyś powiedział dobrze znany mi ksiądz). I tego będę się trzymać. Jeśli Ty czujesz, że jedno, dwoje, albo wcale, to Twoja granica bezwzględna, to tego się trzymaj i nie daj sobie wmówić, że jesteś egoistką.

 

 

aviary-image-1486561152637 Wasza CreativeMAMA.

powrót
do listy