Mój kochany aniołku…

by PharMAMA

glowne

 

Temat, o którym chciałam napisać jest czymś bardzo trudnym, ale uważam, że powinno się o tym mówić. Nie ze względu na takie typowo polskie myślenie, że u kogoś jest gorzej… hahaha! Ale bardziej o tym, że jeżeli jest nas więcej, nas z tym samym problemem, z tymi samymi przeżyciami – to łatwiej jest zaakceptować choć odrobinę taką sytuację. Jeżeli jest to możliwe…

Nie powiem Wam kogo będzie dotyczyła opisana poniżej historia, ale jest prawdziwa. Smutna, ale prawdziwa. Zdarzyło się to z dwa lata temu. Pewna bardzo zapracowana kobieta, nazwijmy ją np. Maja, pomyślała sobie, że chce rodzeństwa dla swojej młodszej pociechy. Jakoś po miesiącu czuła się dość słabo, lekko przeziębiona i taka drażliwa. Mąż sugerował ciążę, ale nie – dostała okres. No cóż. Nie udało się tym razem, ale komu się udaje za pierwszym razem. Wpadła w wir pracy i przeszła do normalności i dnia codziennego. Jakieś dwa tygodnie później miała dwa pod rząd dyżury nocne i była bardzo zmęczona gdy wróciła do domu. Usypiając wieczorem córeczkę zasnęła. W ubraniu, na kołderce dziecka, między pluszakami i poduszkami z księżniczkami. Ale nie było to dziwne, biorąc pod uwagę, że nie narzekała na nadmiar snu ostatnimi czasy. Rano wstała z silnym bólem brzucha i parciem na pęcherz. Ale co robi matka wtedy? Bierze garść leków, pakuje dziecko do wózka i wybiera się na plac zabaw. Nawet zaliczyła sklep, bo były przeceny. Ale wrócić o własnych siłach  już nie mogła. Ból tak silny, że zgięta w pół, próbowała pchać wózek przed siebie. Gdy tylko „odstawiła” dziecko pod opiekę babci, wpakowała się do taksówki i pojechała do lekarza. Znajomy chirurg wykluczył „sprawy ze swojej działki” i (chyba tutaj ktoś u góry dopilnował), że w gabinecie obok był ginekolog. Po krótkim badaniu czas zaczął nabierać tempa i jak w filmie kilka godzin zmieniło się z kilka minut zamazanego obrazu. Diagnoza – ciąża pozamaciczna, krwotok wewnętrzny. Szybko szpital, panika, wszyscy biegali zdenerwowani. Lekarze i pielęgniarki krzyczeli. Tylko główna zainteresowana była spokojna, bo chyba do niej nie docierało co się właśnie dzieje. Potem stół, anestezjolog i wycięcie jajowodu. Koniec. Aha i najważniejsze. Wszystko odbyło się… dzień przed jej 27 urodzinami…

Dla Mai najgorsze dopiero się zaczęło, czyli reakcja otoczenia. Słyszała, że powinna się cieszyć, bo tak jakby narodziła się na nowo. W końcu żyje!!! A mogło jej nie być! Że powinna zapomnieć, bo to był początek, i tak by nic Z TEGO nie było. Powinna się cieszyć, bo już ma śliczne dzieciątko! Powinna. Wiele rzeczy powinna. Ale nie potrafiła. Głupia ta! Przecież to co ją spotkało, spotyka tyle kobiet na świecie! Nikt nie przeżywa dramatów, tylko żyją dalej! Ale czy na pewno?

Czytała wiele w Internecie. Te durne statystyki.

Tak wiele ciąż kończy się nim tak naprawdę się rozwinie.

Selekcja naturalna.

I tak by nie przeżyło.

To dla jego dobra.

To nie było dziecko.

Z jednej strony pomyślała sobie: „o kurczę, dużo tego… Nie jestem sama” Ale z drugiej mówiła: „G… mnie to obchodzi!!! Czemu to właśnie ja musiałam być tym cholernym procentem?!? Co zrobiłam źle? Czy gdybym zrobiła ten durny test wcześniej to co?!?” No nic. No właśnie nic byś kobieto nie zrobiła…

Ta kobieta sama nie wiedziała co czuje. Była bardzo smutna, ale chyba nie powinna, prawda? No hello! Przecież to nie jest jakaś wielka tragedia! Przecież nawet nie wiedziała, że jest w ciąży? Przecież to nawet nie było dziecko!!! Ale czy na pewno? Dla niej? Dla niej była to największa tragedia. Odczuwała ogromną pustkę. Czuła, że straciła kogoś bliskiego.

Usłyszała nawet od jednej osoby, że może powinna wykonać symboliczny pogrzeb. Pożegnać się z nienarodzonym maluszkiem. Ale nie potrafiła. Jak miała to zrobić? Przecież te kilka godzin jakby wymazała z pamięci! To było tylko kilka godzin! Ale cholera nie potrafiła… Blizna po laparoskopii w pępku przypominała jej o tym podczas każdego prysznica… I zalewała się wtedy łzami. W samotności. Gdy nikt nie widział. Ze wstydu przed samą sobą.

Tak samo głos się jej łamał, gdy ktoś pytał, kiedy drugie dziecko? Co odpowiadała? Że jej tak lepiej. Że ma super pracę i spełnia się zawodowo. Że te pierwsze lata z małym dzieckiem były takie męczące, że życiu się nie zdecyduje znowu!

A prawda była taka, że z nienawiścią patrzyła na kobiety w ciąży. Ze złością słuchała ich narzekań na zmęczenie, mdłości, zgagę. Naprawdę?!? Dałabym wszystko za to, by się z Tobą zamienić!!!

Tak jakby oświecenie nadeszło podczas przeglądania popularnego portalu społecznościowego. Zobaczyła, że kobiety, które tak jak ona, straciły kogoś tak malutkiego, że nie można go nazwać KIMŚ, pisały o nich ANIOŁKI. „Karolina – mama dwóch aniołków i rocznej dziewczynki”, „Hania – mama aniołka i psotnych bliźniaków”, „Ewelina – mama trzech aniołków i buntowniczego czterolatka”. I to nią niesamowicie wstrząsnęło! Ale jak to? Jak tak można? Czyli stratę tak wczesnej ciąży można traktować jak tragedię? I można mówić o tym głośno?

Boże, jaka ona była głupia… Można. Oczywiście, że można. Bo jest to coś, co nie powinno się zdarzać. Jest czymś przykrym i kobieta, którą to spotkało powinna, cholera nie!!! – musi być otoczona opieką i dobrym słowem, by się nie załamała, by miała siłę, by nie popadła w depresję!!!

Kochane otoczenia! Matki, babki, ciotki, mężowie, koleżanki! Zrozumcie, każda kobieta ma inna psychikę  i inne potrzeby.

A Wy dziewczyny musicie wiedzieć jedno… nic nie musicie! Wiadomo, że nie ma nikogo silniejszego psychicznie niż my mamy, ponieważ każdego dnia zmagamy się z wieloma zmartwieniami i stresem związanym z naszymi maluszkami. Ale każdy, nawet najtwardszy człowiek może się załamać i ma do tego prawo. Ma prawo o tym mówić i jeżeli potrzebuje pomocy kogoś z zewnątrz to ma pełne prawo, by z tej pomocy korzystać. I nie można się tego wstydzić, ani bagatelizować takich problemów.

Moim zdaniem, bardzo dużo daje rozmowa z innymi kobietami, które mają podobne doświadczenia. Nie po to, żeby cieszyć się, że ktoś ma gorzej (jak wspominałam na początku). Tylko po to by wiedzieć, że nie jesteśmy z tym same, że nie tylko my mamy takie problemy. Maja, w związku z tym kiedy spotkała ją tragedia, nie była wstanie obchodzić swoich urodzin. Gdy tylko przychodził ten jedyny dzień w roku, już od rana miała łzy w oczach. Nie chciała życzeń, tortu i jakiegokolwiek celebrowania tego dnia. Bo ten dzień kojarzył się tylko z utratą :( Najchętniej by zamknęła się  w domu i schowała pod kocem do godziny 24:00… Po pewnym czasie bliska jej sercu osóbka powiedziała, że w związku z tym, że jej dzieciątko urodziło się blisko terminu jej wcześniejszego poronienia, nie potrafi się cieszyć tym dniem. Wszystkie urodzinowe czynności wykonuje machinalnie, bez emocji i radości w sercu. Dzięki niej Maja zrozumiała, że jej wariactwa urodzinowe nie powinny nikogo dziwić. To jest jej sprawa i jej decyzja. I wiecie co? Dwa miesiące po tej rozmowie właśnie przyszedł dzień urodzin i olała go :) Z uśmiechem na twarzy oznajmiła rodzinie, że nie ma tego dnia i prosi o spokój. Nie tłumaczyła i przede wszystkim nie wstydziła się swojej decyzji. Bo była jej :D

To wystarczyło, by Maja zaakceptowała cała sytuację i zrozumiała, że ma prawo do nazywania swojego maluszka Aniołkiem. Zaczęła sobie łatwiej radzić z tą sytuacją i z samą sobą :) Jest to bardzo trudne, ale jest silniejsza. Dużo silniejsza, by radzić sobie z resztą problemów, które spotykają nas każdego dnia. Niedawno znów pożegnała się z małym Aniołkiem, którego nie zdążyła poznać. Popłakała, popłakała i szybko stanęła na nogi.  Właśnie dla tego swojego starszego ludka :) Bo wie, że będzie dobrze i da sobie radę. I jeszcze kiedyś przytuli pachnącego niemowlaczka.

Kochane mamy, nie można się wstydzić tego, że jest się Aniołkową mamą. Trzeba to traktować jak ciężką lekcje i iść do przodu! Damy radę! Bo kto jak nie my mamy :D

ja Wasza PharMama :*

 

powrót
do listy