Dziewczynka z telefonem/ „SCREENAGER”

by CreativeMAMA

dziewczynka z telefonem

 

Fot. Dreamtime.com

Pewnego razu, a było to całkiem niedawno, było sobie piękne dziewczę – Julka. Owa istotka, z pozoru nie przywiązywała do wyglądu wielkiej wagi. Może jeszcze zbyt młoda? Może jej artystyczna dusza ochroniła ją przed pogonią za modą? Niestety nie…dziewczynka, co rano, pomimo swoich 11-stu lat, spędzała godzinę przed lustrem. Każdy element garderoby był przez nią starannie wybierany, każdy kosmyk włosów miał swoje miejsce. W jej wyglądzie nie było miejsca na przypadek. Doskonale wiedziała co należy włożyć, żeby optycznie odchudzić uda i zwęzić talię. Pomimo swojego małoletniego wieku, Julka była bardzo wysoka i rozwinięta ponad wiek. Nosiła już biustonosz jako pierwsza w klasie, na szyi choker… nie wyglądała wyzywająco, raczej jak „dziewczyna z sąsiedztwa”. Naturalnie piękna. Kochała książki, a dodatkowo matka natura obdarzyła ją urokiem, wdziękiem, skromnością i …. olejem w głowie. To ostatnie pozwalało jej na życie po swojemu, bez nadmiernego rzucania się w oczy rodzicom. Dziewczynka pomagała w domu, odrabiała lekcje, a kiedy rodzice wracali po pracy zmęczeni, w ciszy zaszywała się w swoim pokoju, żeby im nie przeszkadzać. I niby dziecko idealne, ktoś mógłby powiedzieć, ale jednak nie. Nie w moim mniemaniu. W tym wszystkim tkwił jeden mały szczególik, jedno maleńkie ALE, które sprawiało, że Julka była najdalej jak tylko mogła, od „dziecka idealnego”.

Tu chyba potrzebna jest krótka definicja „Dziecka idealnego” po mojemu. Otóż, takie dziecko to nikt inny, jak istota nieletnia. I na tym koniec definicji. Dlaczego tak,  a nie np.: to dziecko sprzątające po sobie, odpowiedzialne, opiekujące się rodzeństwem, nie znoszące TV, robiące rodzicom śniadanie do łóżka, wyprowadzające psa, etc? ….bo takie dzieci to ideał w umysłach rodziców. Prawdziwe
„dziecko idealne”, to zwyczajne dziecko mówiące: zaraz, za moment, nie chce mi się, nie teraz, później, dlaczego ja, to nie fair, etc.

Mając przed oczami definicję, można się zastanowić, co z dziewczynką było nie tak. Otóż, dzięki swojej inteligencji, spryciula dokładnie wiedziała, czego od niej rodzice oczekują i starała się temu sprostać. Nie robiła tego z przymusu, a dla świętego spokoju. Odkryła, że jeśli zrobi co „starzy” chcą i będzie cicho, to pod pretekstem słuchania muzyki z telefonu, będzie mogła przeczesywać wirtualny świat nie niepokojona. I tak sobie żyła z youtuberami za pan brat. Uczyła się, jak dyskretnie się umalować, żeby nikt nie zauważył, co założyć, żeby wyglądać poważniej, ale i luzacko, jak mówić, żeby nie wyjść na frajera i co zrobić, żeby mieć święty spokój z rodzicami.

Co w tym złego? Ano może i nic. Przecież tak egzystują miliony nastolatków na świecie.

 

 

W domu idealna cisza. Mama uśmiecha się pod nosem i nuci niedawno zasłyszaną melodię. Robi obiad i czuje totalny luz. Znalazła panaceum na ciągle krzyczące dziecko! Jej Marcelinka to taka wymagająca istota…bez chwili wytchnienia biega po domu, każe się ze sobą bawić lalkami i puzzlami, a mama musi przecież zrobić obiad, posprzątać i bardzo chciałaby w spokoju poczytać. Czy to tak wiele? Ale od tygodnia jest spokój…nawet tata nie może w to uwierzyć. Rodzice odżyli! Gdyby wcześniej wiedzieli, gdyby znali ten prosty lifehack…zmarnowali 2 lata!!

Wszystko zaczęło się w przychodni. Mama poszła z Marce na badania, bo mała w nocy się wierciła i kręciła…Lekarz uspokoił mamę mówiąc, że dziewczynki nie trzeba ciągle przykrywać kołderką…nic jej nie będzie. Ufff….mama odetchnęła z ulgą. Wychodząc, zauważyła, że w poczekalni siedzi mały, roczny, chłopiec – cichutko, bez ruchu. Jaki grzeczny – pomyślała mama. A moja Marce taka nadpobudliwa. Ale co to? Czyżby ten maluch był spokojny bo ma telefon w ręku? Może Marce też chciałaby wyszorować zęby hipcia i pooglądać bajkę?

Po powrocie do domu, mama postanowiła spróbować. Marcelinka z początku nie chciała współpracować, ale szybko zauważyła, że dotykając ekraniku, sama może decydować o tym co chce oglądać! Jakie to fajne! Nie to, co ten nudy telewizor…

Od tego momentu, mama wiedziała…wiedziała, że będzie mogła odpocząć i cieszyć się ciepłą kawą.

tim-gouw-75989-unsplash

Fot. Unsplash.com

 

 

Wróćmy do naszej „prawienastolatki”.

Rodzice Julki nie widzieli nic złego w tym, że dziecko korzysta z telefonu – przecież poza tym odrabia lekcje, ma dobre stopnie, pomaga w domu. Do czasu. „Doczas” nastał, gdy w odwiedziny przyszli znajomi z dziećmi. Po godzinie, mali goście poskarżyli rodzicom, że chcą już iść, bo się nudzą. Nie mieli co robić, bo nasza Julka zatopiona w telefonie, nawet nie zauważyła, że pojawiły się 4 dodatkowe osoby w domu.  Sytuacja powtórzyła się podczas kolejnych odwiedzin i jeszcze kolejnych….wtedy rodzicom zaświeciła się lampka. Telefon został zarekwirowany. Ale spryciula i na to znalazła sposób…używała swojego „okna na świat” jak nie było rodziców w domu. Powoli sytuacja się stabilizowała. Dziewczynka wiedział, że znowu będzie nietykalna, jeśli podczas wizyty gości, odstawi telefon, a w pozostałe dni….

Julka to nie wytwór mojej wyobraźni. Takich jak ona są miliony. Pewnie myślicie…nie moja. Tak, Wasza też. Moja dziewczynka ma dopiero 2 latka, ale jak widzi telefon, to wrzask.

Moje chłopaki nie mają smartfonów. Mają telefon…stary, tylko do dzwonienia. Tylko awaryjnie. Nie szpanują w szkole, bo nie ma czym. Czy czują się gorsi? Nie. Czasem pytają o telefon….odpowiedź jest nadal negatywna. Wiem, jak bardzo na nich działa. Jak narkotyk. Wciąga po uszy. Kiedyś będą mieli, ale jeszcze nie teraz.

Jakiś czas temu przypadkiem trafiłam na zajęcia dla rodziców prowadzone przez psychologa pracującego z dziećmi uzależnionymi od …telefonu i komputera !!! Takie warsztaty i szkolenia powinny być zagwarantowane w konstytucji każdemu rodzicowi nastolatka. Co mi pokazały? Że to ja panuję nad sytuacją, a nie moje dziecko. To ja wyznaczam zasady i granice. Nie powalam się omamić świadomością, że inne dzieci mają….niech mają. Moje jeszcze nie muszą. Chcą porozmawiać z kolegami? Proszę bardzo….na podwórku, nie koniecznie za pomocą Messengera. Często widuję dzieciaki, które siedząc koło siebie, rozmawiają bez słów…za pomocą komunikatorów. Przygarbione, oblegające place zabaw (nie, nie bawią się na niech – jedynie oblegają miejsca do siedzenia), ławki, wiaty autobusowe, schody przed szkołą – nieme ludziki poruszające jedynie palcami, każde wpatrzone w ekranik – centrum wszechświata. I są same.

Screenagers

Fot. pożyczona z www.parentmap.com

Widuję również młodziutkie kobietki – często jeszcze nie nastolatki, które przybierając „dorosłe”, często wulgarne pozy, robią sobie selfi i myk, do Internetu. Widziałam, jak 9-latki przy użyciu specjalnej aplikacji nakręciły szybki teledysk ze sobą w roli głównej i ….myk, już krąży w sieci.

Bardzo często słyszę od znajomych, że ich dzieci mają przyrośnięte telefony do ręki. Ale jako rodzice, nie mogą im ich odebrać, bo dzieci TYLKO rozmawiają przez komunikator z przyjaciółmi, bo inne dzieci mają telefony, a ich nie mogą być gorsze.

Nie będę przytaczać danych dotyczących szkodliwości promieniowania telefonu, ani tych pokazujących ilu z młodych użytkowników jest uzależnionych od mobilnych urządzeń, nie będę przekonywać Was, rodziców, do tego, że telefony nie są konieczne Waszym dzieciom. Jeżeli kupiliście 6, 8, 10-latkowi telefon/ smartfon, to zapewne znacie konsekwencje, wiecie, że ich zdjęcia i filmiki z nimi w roli głównej bez ograniczeń krążą po sieci. Raz udostępnione, pozostają w wirtualnej rzeczywistości już na zawsze.

 

 

Jak to się ma do naszej 2-latki Marcelinki? Czy ona też jest prawdziwą postacią z krwi i kości? Co do tego nie mam żadnych wątpliwości. Sama mam taką dziewczynkę w domu. Kiedy jakiś czas temu moja malucha była chora i nie chciała robić inhalacji, włączyłam szybko piosenki dla dzieci na tablecie. Spodobało się i od tej pory inhalacje przebiegały bez problemów….do czasu, aż Basia skojarzyła fakty…do tamtej chwili zdarza się jej symulować kaszel tylko po to, żeby zrobić inhalację…bo dla niej inhalacja=tablet. I niby nie byłoby nic złego w tych 10 minutach bajeczki gdyby nie fakt, że Basia nie chce oddać tabletu … zmienia się w furię. Wpada w amok. Nie widzi ludzi, mebli, świata….tylko tablet. Krzyczy spazmatycznie i bije na oślep. Tabletu już nie dostanie. Zbyt mocno na nią działa. Może za kilka lat.

Ale czy niekupowanie dziecku telefonu, niepozwalanie na korzystanie z tabletu/ komputera jest realnym rozwiązaniem? Nie czarujmy się….nie jest. W moim mniemaniu nie uchronimy dzieci przed wszystkimi zagrożeniami, również przed tym związanymi z rozwojem technologii. UMIAR, to słowo klucz. Czy roczne dziecko musi dostawać telefon do ręki żeby było cicho w przychodni? Zastanówmy się, czy w poradni pediatrycznej naprawdę musi być cicho? Przecież to miejsce stworzone dla dzieci. Nie wstydźmy się, że nasze dziecko głośno mówi, czy piszczy. Uwagę malca można zająć zabawką, książeczką czy choćby zaśpiewaniem piosenki. A ostatecznie jak nie mamy nic pod ręką, to trudno…to tylko poczekalnia, apokalipsa nie nastąpi, jak nie będziemy czekać na wizytę w absolutnej ciszy.

A starszak? Może używać telefonu. I nawet tabletu. I świat się nie skończy. Ale z ROZWAGĄ. Dziecko musi znać zagrożenia związane z publikowaniem zdjęć w internecie, z kontaktowaniem się z obcymi, z możliwością obejrzenia na Youtube  czegoś, co zaszkodzi jego psychice. Rodzic ma prawo decydować o zawartości telefonu – jakie aplikacje i gry są przez dziecko ściągane. Rodzic też musi pamiętać o poszanowaniu prywatności dziecka i z tym też musi się liczyć.

Warto ustalić z góry zasady, np.:

– w domu, wszystkie telefony leżą w widocznym miejscu, np. w pudełku na komodzie (żeby dziecko nie miało poczucia, że rodzic zabiera i przegląda, odkrywa tajemnice, a jednocześnie, żeby telefon nie zrósł się z ręką),

– wyznaczenie czasu na korzystanie z telefonu,

– wprowadzenie zasady – tyle czasu ile poświęciłeś na sprzątnie/ spacer z psem/ lekturę, tyle możesz przeznaczyć na korzystanie z tebletu/ komputera,

– najpierw lekcje i czytanie książki, potem tablet/ komputer,

– granie np. na konsoli tylko w weekendy – tu też warto określić ramy czasowe,

– ściąganie aplikacji i instalowanie gier tylko za zgodą i aprobatą rodzica.

 

To tylko kilka wskazówek, jakie podpowiedziała mi pani psycholog na warsztatach. To my, rodzice, jesteśmy odpowiedzialni za swoje dzieci. Pozwolenie im na nieograniczony i niekontrolowany dostęp do telefonu, tabletu czy komputera wzmaga zachowania autystyczne (nie mylić z zachorowaniem na autyzm) – czyli oderwanie dziecka od rzeczywistości, trudności z komunikowaniem się ze światem, wzmaga też zachowania agresywne, stres, napięcie. Dzieci często grające czy to na komputerze, konsoli, telefonie czy tablecie, mają przyspieszoną akcję serca, stają się nadpobudliwe ruchowo i niespokojne.

Nie można tu nie wspomnieć o małych dzieciach, które wolniej się rozwijają i izolują się od świata zewnętrznego. To tak, jakby je ktoś zamknął w bańce. Ponadto szybko się uzależniają od migających ekraników, a oderwanie oczu od bajeczki bywa często tak trudne, że towarzyszy temu syndrom odstawienia – jak u narkomana, czy alkoholika – kołatanie serca, rozbiegany wzrok, niepokój, stres, lęk, agresja, rozchwianie emocjonalne, zagubienie…. I to wszystko fundujemy naszym dzieciom MY – RODZICE.

W imię naszego świętego spokoju, nie wychowujmy dzieci na zombie.

Wasza Creativemama

 

PS

Polecam przeczytać i obejrzeć:

https://www.parentmap.com/article/we-need-to-get-real-about-screens-and-kids

 

 

Zdjęcia pochodzą ze strony Unsphlash

powrót
do listy