Czy ja kiedykolwiek zajdę w ciąże?!?!?

PharMAMA

testy ciazowe

 

Historię Mai już znacie. Niestety ostatnie dwa lata nie były najlepszymi w jej życiu pod względem rodzinnym. Po tym co ja spotkało, (a wiecie o tym z postu Mój kochany Aniołku) jakoś sie otrząsnęła i poszła dalej. Stwierdziła, że nie ma co sie zamartwiać. Dostała nową pracę, nowe wyzwania, znów była w swoim żywiole. Ona ewidentnie lubi mieć zapełniony kalendarz i dużo na raz ;) Gdy już się rozkręciła, żyła bardzo szybko i intensywnie, poczuła dziwną pustkę. Ta pustka była związana z dzidziusiem. Wszyscy na około mieli drugie dzieciątko, a ona nie, mimo że zawsze o tym marzyła. Do tego Laurka już miała 4 lata! Najwyższy czas! Stwierdziła: „A co! Teraz mój czas!” A jako, że zawsze miała wszystko idealnie zaplanowane to zrobiła wszystkie badania, brała kwas foliowy oraz witaminę D i odliczała czas. Oczywiście musiała wszystko dostosować do pracy, żeby nie robić nikomu problemów swoim odejściem. Wzięła swojego najlepszego przyjaciela do ręki, czyli kalendarz, przeliczyła i wpisała datę. Przyszedł styczeń. Super! No to go! Do roboty! Na szczęście tak przyjemnej ;) Hoho dni płodne, seks, dwa tygodnie i test i … wielkie nic. Nic. Hmmm. E tam. Pewnie za wcześnie wykonałam test. Odczekam dwa dni i … nic. No co jest! Ale zaraz przyszła refleksja, że przecież nikomu się od razu nie udaje. Z małą L się udało, ale w końcu Maja miała wtedy dwa jajowody, a nie jeden jak teraz…

I zaczęło się coś, w co do dnia dzisiejszego nie wierzy, że mogło się z nią dziać… Wstyd jej przed samą sobą… 7 dni po każdym ewentualnym zapłodnieniu dostawała świra: kupowała masę testów ciążowych, chodziła na betę co drugi dzień, że jej ręce wyglądały jak u narkomana. I trwało to aż do… kolejnej miesiączki. Żeby przypadkiem się nie pomylić, wszystko zapisywała w kalendarzu. Każde opóźnienie nawet jedno dniowe powodowało, że już widziała, że jej rośnie brzuch, ma nabrzmiałe piersi! Tak była w ciąży!!! Przecież tak się czuła! Tak samo było z małą L!!! Udało się!!! A dzień, dwa później pojawiał się okres. Więc ryczała histerycznie pół dnia… Ale czekaj!!!! Może akurat to nie miesiączka, tylko krwawienie implantacyjne!!! I znowu testy i kłucie!!! I znów nic… Nic i nic. Płacz i łzy…

kalendarz

Poszła w końcu do lekarza, skierował ją na prolaktynę i oczywiście była bardzo podwyższona. Dostała leki i znów nic. Hormony skakały góra-dół, a ona wyła jak obdzierana ze skóry co miesiąc… Zła, rozdrażniona, nie mogła przebywać wśród dzieci, bo jej serce pękało na widok każdego maluszka. Dlaczego znowu ja?!? Dlaczego jakieś gówniary, które nie chcą mają dzieci?!? Dlaczego inni wpadają mimo zabezpieczeń, a ja tak pragnę?!? Dlaczego?!?!?!?

A jak reagowało jej otoczenie? Jej rodzina? Jej przyjaciółki? Jej mąż? Wcale… Nic nie widzieli. Nie komentowali. A co gorsza – nie pomagali! Myślicie sobie, że co za bezduszni ludzie?!? I tu Was zaskoczę. Niestety po przejściach z ciążą pozamaciczną stworzyła taką skorupę wokół siebie, że nie mówiła nikomu o tym co przeżywa. Kilka osób wiedziało, że się stara i nie wychodzi, ale co tam. Co drugi tak ma :) Rozmawiała o tym spokojnie i z uśmiechem :) Ale to co się działo w jej środku, wiedziała tylko ona. Tylko ona wiedziała, że przepłakiwała godziny, darła się i krzyczała :( Gdy jej mąż zobaczył zapiski w jej kalendarzu wpadł w szał!! „Przecież miało być na spokojnie?!? Bez stresu i nastawiania się!!! A Ty wszystko liczysz?!” Bo liczyła… nakręcała się i stresowała z każdym dniem.

Gdy zrozumiała, że to nie ma sensu i odpuściła. Zaczęła żyć. Złożyła papiery na studia doktoranckie, dostała się na nie, potem wyjechała na wakacje, odpoczęła, spędziła miło czas z mężem, z przyjaciółką nad morzem (eh… to winko na plaży i powrót przez ciemny las :D). W kolejnym miesiącu okres się nie pojawił. Ale nie cieszyła się wcale. Bała się, że zagnieździło się nieprawidłowo. Ale i tu zaskoczenie! Wszystko pięknie. Rośnie i rozwija się!!! Czy skakała z radości i tak jak przy pierwszym dziecku mówiła o tym całemu światu?!?! Nie… Bo się bała. Minął pierwszy trymestr i wciąż się bała… Minął teraz 28 tydzień ciąży i wciąż się boi. Boi się zapeszyć, nic nie planuje, tylko czeka na ten dzień by dostać dzidziusia na ręce <3

Gdy w zeszłym roku zaczęłyśmy z dziewczynami pisać Dzikiego Bloga, to pomyślałam, że jak tylko będę w ciąży to będę Wam o tym pisać :) Wyprawka, dolegliwości co trymestr, leki co trymestr – pomysłów miałam całą masę!!! W dodatku dużo jest tu mam z brzuszkami :) Ale po tym, co później się działo bałam się… Nie odechciało mi się! Broń Boże! Ile razy coś zaczynałam, to zapisywałam i odkładałam to na później. Bo bałam się, że ta magiczna bańka mydlana zaraz pryśnie, że zaraz stracę dzidziusia… Brzuch rósł z każdym dniem. A ja wciąż tematu nie poruszałam. A ze mną całe otoczenie. Na pytanie: „jak się czujesz”, odpowiadałam, że ok. i tyle. Nic nie kupiłam, nic nie przygotowałam, nie wybrałam imienia (pewnie też dlatego, że nie chciałam znać płci dziecka). Ostatnio się przełamałam i kupiłam bodziaka i … się rozpłakałam. Tak się boję cieszyć. Może jestem głupek, ale tego już nie zmienię…

A piszę to nie po to, by się żalić. Ale po to, żebyście zrozumieli lub próbowali zrozumieć taką kobietę. My kobietki to trudne emocjonalnie egzemplarze ;) Co lepsze, zwykle same radzimy innym na około, a same sobie nie radzimy ;)  Słuchajmy, rozmawiajmy i wspierajmy.

A rady dla dziewczyn z problemami?

  1. Idźcie do lekarza. Wiem, że się mówi, że pół roku/ rok to norma w staraniu się i nie ma co się fiksować. Ale gdybym jakieś 5 miesięcy wcześniej porozmawiała z lekarzem, to pewnie oszczędziłabym sobie tych miesięcy i wcześniej znalazła rozwiązanie problemu, którym w moim przypadku był do ustawienia farmakologicznie.
  2. Nie trzymajcie tego w sobie. Wiele (nawet nie przypuszczasz ile) kobiet ma te same lub podobne problemy. Łatwiej będzie Ci zaakceptować pewne sprawy, albo chociaż skorzystać z poleconego lekarza, metody, co kol wiek.
  3. Idź do specjalisty. Ale nie mówię o ginekologu, tylko wybierz się do psychologa czy psychiatry. Często nasze problemy zaczynają się w głowie. Denerwujemy się, nakręcamy, a jednak organizm myśli logicznie – „nie możemy być teraz w ciąży, jak mamusia jest taka znerwicowana! Pewnie to zły moment!” Nasze ciało nie wie jakie mamy plany, tylko reaguje na to co mu dajemy. A stres, nerwy, złość go tylko wyciszają na prokreacyjne zabawy.
  4. Pomyśl o sobie. Odpocznij. Znajdź zajęcie. Joga. Kadzidełka. Kup psiaka. Nie myśl. Nie fiksuj. Nie planuj. A jak to zrobić? Nie mam pojęcia, bo samej mi się to nie udało. Mam pewne przypuszczenia, ale nie będę Ci polecała picia winka na plaży i wracania potem po ciemku na rowerze ;P Chociaż takie szczeniackie zachowania powodowały, że zapominałam o tym co jest tu i teraz, tylko czułam jak się nastolatka bez żadnych problemów :D

 

Będzie dobrze :) Bo w końcu zawsze się układa. Może troszkę później? Możemy stosując dodatkowe metody jak inseminacja czy in vitro? Wszystko jest dla ludzi i trzeba pomagać naszemu szczęściu i spełniać swoje marzenia :) Trzymam za Was wszystkie kciuki!

Damy radę! Bo kto jak nie my :D

glowneWasza PharMama – obecnie wieloryb ;)

powrót
do listy